To do drewna, to plastik, to papier. Siedziałam w pracowni, patrzyłam na swoje ulubione prace warsztatowe, a w myślach segregowałam je według kontenerów na wysypisku. Od jakiegoś czasu miałam dość i ta myśl jako jedyna mi pomagała. „Zamknę pracownię i wszytko wyrzucę!” Wiedziałam jednak, że to tylko fantazja, bo nikt nie wyrzuca swoich marzeń.
Faktury, zamówienia, płace, ZUS, czynsze, towar, marketing, sprzedaż, korespondencja. Kolejka moich zobowiązań stawała się coraz dłuższa, a ja ustawiłam się w niej na samym końcu. Jako właściciel czułam się odpowiedzialna za wszystkich oprócz siebie. Zdarzało się, że pracując po kilkanaście godzin nie otrzymywałam nic. Budziłam się często w środku nocy. Byłam samotną mamą przerażoną życiem z dnia na dzień. Od dużych i pewnych klientów coraz częściej słyszałam „tniemy fundusze na integrację” niż „Pani Doroto, tylko Pani może to dla nas zorganizować”.
Kiedy to się stało, że stałam się niewolnikiem rytmu sklepu, którego nigdy nie chciałam mieć? Czułam, że lawirując w klatce zobowiązań nie mogłam dawać innym tego co najważniejsze – straciłam pasję, a warsztaty stały się dużym wysiłkiem i obowiązkiem. Kiedy późnym popołudniem moje klientki wpadały odpocząć, zwykle byłam po prostu wykończona. Zamiast inspirować zamykałam drzwi za ostatnią osobą z wyraźną ulgą. Płakałam ze zmęczenia, biegłam do domu, ale moje maleńkie dziecko już spało. Czułam, że moje miejsce jest przy nim, ale nie wiedziałam jak odzyskać swój czas.
Mniej więcej wtedy wpadła mi w ręce jakaś kobieca książka. Jej bohaterka miała w Paryżu małą galerię i kiedy nadeszła wojna postanowiła, że zacznie pracować jako kierowca. Właśnie wtedy pomyślałam „tu i teraz to moja wojna, żeby móc inspirować, muszę odzyskać wolność i niezależność”. Przez pół roku dzień za dniem przeszukiwałam ogłoszenia o nieruchomościach. Odwiedziłam dziesiątki lokali, ale za każdym razem duże nadzieje zderzały się z brakiem ogrzewania, spleśniałymi ścianami, obskurną klatką schodową. Aż któregoś dnia lokal, który na zdjęciach zapowiadał się przeciętnie, okazał się trafem w dziesiątkę. Wystarczyło rozpakować kilkadziesiąt kartonów, poustawiać swoje marzenia na półkach i znów mogłam tworzyć, pracować, opiekować się synem, odetchnąć. Przeniosłam pracownię do domu i pozbyłam się sklepu. Nie musiałam wyrzucać swoich prac i materiałów. Warsztaty to dla mnie rozdział, który chcę napisać na nowo.

Dziś pracownia to mój kreatywny i otwarty dom. Spotykam kobiety, siadają wokół warsztatowego stołu i zanurzają dłonie w soczystych barwach. Pod ich dotykiem masy zmieniają się w kształty. Wyrażają emocje kształtując swoje dzieło. Opowiadają o życiowych zakrętach, a każda z nich bardzo docenia moją dyskretną obecność jako instruktora. Prowadzę za rękę, inspiruję, dodaję odwagi. Dostaję promienne uśmiechy i widzę jak opuszczają pracownię wypoczęte i zaskoczone swoimi zdolnościami. Uwielbiam dzielić się swoją pasją, to daje mi siłę i nieustannie rozwija. Nazywam się Dorota Freitag, pomagam złapać dystans dzięki radości tworzenia.

Rozwijaj swoją kreatywność

Co tydzień w Twojej skrzynce garść inspiracji